„Kto idzie?”
Napisał John W. Campbell – pod pseudonimem – Don A. Stuart
Tłumaczenie: Henryk Sclaveni dla Antykanał +18
Rozdział I
Wszędzie naokoło śmierdziało. Dziwny, pomieszany smród który
znają tylko pogrzebane w lodzie chaty obozowisk na Antarktydzie, spotęgowany
cuchnącym ludzkim potem i ciężkim odorem w rodzaju rybiego tłuszczu,
pochodzącym z przetopionego foczego tranu. Nuta zapachu mazidła tuszowała fetor
stęchłego potu i zamarzniętych futer. Gryzący zapach przypalonego gotowanego
tłuszczu i zwierzęcy zapach psów, rozrzedzone przez czas, wisiały w powietrzu.
Unoszący się w powietrzu zapach oleju maszynowego ostro
kontrastował ze zjełczałym zapachem uprzęży i skór. Jednakże, pomimo całego tego
smrodu ludzi, psów, maszyn i gotowania, pojawiło się inne zanieczyszczenie. Było
to dziwne, wywołujące odrazę coś, niewyraźna nuta obcego odoru pośród zapachów
przemysłu i życia. Był to zapach życia, ale pochodził z tego czegoś co leżało
związane kablem i plandeką na stole, tego czegoś kapiącego powoli na ciężkie
deski, wilgotnego i wynędzniałego, stopniowo topniejącego pod nieosłoniętym
blaskiem światła elektrycznego.
Blair, niski i wyłysiały biolog ekspedycji, dygotał nerwowo nad
owiniętą rzeczą, odsłaniając ciemny lód poniżej, po czym niespokojnie pociągał
plandekę na poprzednie miejsce. Jego drobne ptasie ruchy wywołane duszeniem w
sobie ekscytacji, tańczyły z jego cieniem na skraju obskurnego szarego
kombinezonu zwisającego z niskiego sufitu. Cienie tańczyły równolegle z linią
sztywnych, siwiejących włosów otaczających jego czaszkę i tworzących zabawną aureolę.
Dowódca Garry przesunął się pomiędzy luźnymi nogawkami
kombinezonów i podszedł do stołu. Powoli prześledził wzrokiem grupki mężczyzn
ściśniętych w Budynku Administracji. Jego wysokie, sztywne ciało w końcu się wyprostowało,
po czym skinął głową. „Trzydziestu siedmiu. Czyli wszyscy obecni.” Jego głos
był niski co świadczyło o jego predyspozycjach przywódczych, naturalnie pasujących
do wysokiej rangi.
„Znacie zapewne zarys historii na temat tego co znaleziono
podczas Drugiej Ekspedycji na Biegun. Rozmawiałem już z drugimi w kolejności
dowodzącymi McReady’m i Norrisem, tak samo jak z Blair’em i dokorem Copperem.
Zdania są podzielone, ale ponieważ sprawa dotyczy nas wszystkich, cały personel
naszej ekspedycji musi wspólnie coś postanowić.”
„Mam zamiar poprosić McReady’ego o przekazanie wam
szczegółów tego zajścia, ponieważ każdy z was był zbyt zajęty własnymi
obowiązkami, aby uważnie śledzić to co robili inni. McReady?”
Poruszający się w mroku końca pomieszczenia McReady, był
niczym posąg z jakichś zapomnianych mitów … sunąca naprzód, żywa statua z
brązu, która potrafiła chodzić. Dwumetrowy gigant zatrzymał się przy stole i
charakterystycznie, prostując się, spojrzał w górę, jakby chciał się upewni, że
nie zahaczy głową o belkę sufitową. Miał na sobie szorstką, pomarańczową,
wiatroszczelną kurtkę, która zdawała się nie pasować do jego postawnej budowy.
Nawet tutaj, cztery stopy powyżej prądów powietrznych smagających pustkowie
Antarktyki, które słabły powyżej tego pułapu, chłód zamrożonego kontynentu
przenikał do środka i nadawał znaczenie surowej budowie tego człowieka. Był jak
z brązu – jego wspaniała broda w kolorze miedzi i ciężkie włosy, wpisywały się
w ten wizerunek. Jego spuchnięte ręce, o mocnym uścisku, zaciskające się na
deskach stołu, również były jak z brązu. Nawet głęboko usadowione oczy, poniżej
krzaczastych brwi, były niczym utoczone z brązu.
Twarz pełna sznytów i aksamitny ton ciężkiego głosu
świadczyły o jego ponadczasowej wytrzymałości. „Norris i Blair zgadzają się
co do jednego, to zwierzę które znaleźliśmy było pozaziemskiego pochodzenia.
Norris boi się, że może być w tym coś niebezpiecznego, Blair twierdził że to niemożliwe.
„Ale wróćmy do tego jak i dlaczego to znaleźliśmy. Wszystko
co wiedzieliśmy zanim tu przybyliśmy to to, że ten punkt był dokładnie nad
południowym biegunem magnetycznym Ziemi. Kompas wskazuje biegun dokładnie tu
gdzie jesteśmy, jak wszyscy wiecie. Inne bardziej czułe instrumenty fizyków,
instrumenty zaprojektowane specjalnie na tą ekspedycję oraz ich badania nad
polem magnetycznym, wykryły drugie oddziaływanie, drugie słabsze źródło pola
magnetycznego około 80 mil na południowy zachód stąd.
„Druga Ekspedycja wyruszyła aby je zbadać. Szczegóły są
nieistotne. Znaleźliśmy to, ale nie był to wielki meteoryt, ani namagnesowana
góra którą Norris oczekiwał znaleźć. Rudy żelaza są namagnesowane, oczywiście;
tym bardziej samo żelazo, a niektóre gatunki stali są jeszcze bardziej
magnetyczne z powodu własnych wskazań powierzchniowych[1].
Ten drugi biegun był jednak nieduży, tak mały, że jego efekt magnetyczny był
niedorzecznie wielki. Żaden ze znanych materiałów nie mógł powodować takich
efektów. Wskazania sondowań przez lód wykazały, że znajduje się sto stóp pod
powierzchnią lodu.
„Myślę, że powinniście znać budowę tamtego miejsca. Jest tam
szeroki płaskowyż, który rozciąga się na więcej niż 150 mil od Drugiej Stacji,
tak mówił Van Wall. Nie miał ani czasu ani paliwa żeby lecieć dalej, ale
widział, że równina gładko ciągnęła się na południe. W tamtym miejscu, tam
gdzie była pogrzebana ta rzecz, jest zatopiony w lodzie grzbiet górski,
ściana z granitu o takiej wytrzymałości, że wypierdziela z powrotem lód
pełznący z południa.
„Czterysta mil na południe jest Płaskowyż Bieguna
Południowego. Pytaliście mnie kilka razy czemu robi się tu cieplej kiedy wzmaga
się wiatr, więc większość z was już to wie. Jako meteorolog daje wam gwarancję,
że niema wiatru który mógłby wiać przy -70 stopniach dalej niż na 5 mil, może
wiać na taką odległość przy -50 nie powodując ocieplenia z powodu tarcia z
podłożem, śniegiem, lodem i samym powietrzem, ale nie przy -70.
„Rozbiliśmy się na szczycie zatopionego w lodzie pasma
górskiego na dwanaście dni. Obóz wykopaliśmy w niebieskim lodzie który tworzył
powierzchnię, wyrzuciliśmy jego większość. Ale przez kolejne dwanaście dni
wiatr wiał z prędkością 45 mil na godzinę. Kilka razy przyspieszał do 48 i
zwalniał do 41. Temperatura wynosiła -63 stopnie. Wzrastała do -60 i spadała do
-68. Było to meteorologicznie niemożliwe, ale przez dwanaście dni i dwanaście
noce umknęło naszej uwadze.
„Gdzieś na południu, zmrożone powietrze z Płaskowyżu Bieguna
Południowego ślizgiem opada z misy 18,000 stóp, prosto w dół przełęczy na
lodowcu i zaczyna przemieszczać się na północ. Musi tam być zwarty łańcuch górski
który nakierowuje je i wyrzuca na 400 mil, prosto na łyse pole płaskowyżu na
którym znaleźliśmy drugi biegun, oraz 350 mil dalej na północ, gdzie dociera do
oceanu.
„Zostało tam zamrożone kiedy Antarktyda pokryła się lodem
dwadzieścia milionów lat temu. Nigdy nie było tam odwilży.”
„Dwadzieścia milionów lat temu Antarktyda zaczęła zamarzać.
Zrobiliśmy rozpoznanie, przemyśleliśmy wszystko i wysunęliśmy pewne spekulacje.
Wierzymy, że to co się tam stało wyglądało następująco.
„Coś przybyło z kosmosu, statek. Widzieliśmy to tam pod
niebieskim lodem, ta rzecz przypominała okręt podwodny bez wieżyczki i wirników
do sterowania. Długa na 280 stóp, i szeroka na 45 w najgrubszym miejscu.
„Co Van Wall? Że z kosmosu? Tak, ale lepiej wyjaśnię to
trochę później.” Mocny głos McReady’ego ciągnął dalej.
„Przybyło z przestrzeni kosmicznej, napędzane przez siły
których człowiek jeszcze nie odkrył i jakimś sposobem, być może coś poszło źle,
wplątało się w ziemskie pole magnetyczne. Wylądowało tu na południu,
prawdopodobnie poza kontrolą, krążąc nad biegunem magnetycznym. Teraz to dzika
kraina, ale kiedy Antarktyka wciąż zamarzała musiała być tysiąckroć dziksza.
Musiały panować śnieżne zamiecie, ale i prądy powietrzne odkładające świeżo opadający
śnieg tak długo aż pokrył kontynent lodowcem. Wir w tamtym miejscu zapewne był
szczególnie okrutny, wiatr musiał narzucić solidną pokrywę śnieżną na krawędzie
gór, które teraz są całkiem przykryte.
„Statek zderzył się dziobem z litym granitem i roztrzaskał.
Nie wszyscy pasażerowi którzy byli w środku zginęli, ale pojazd musiał zostać
zniszczony, a mechanizm napędowy zablokowany. Norris uważa, że wplątał się w
pole magnetyczne Ziemi. Nic co zostało stworzone przez inteligentne istoty nie
jest w stanie przetrwać po wpadnięciu w śmiertelną pułapkę naturalnych sił tej planety.
„Jednemu z pasażerów udało się wysiąść. Wiatr który tam
widzieliśmy nigdy nie zwolnił poniżej 41, a temperatura nigdy nie wzrosła
powyżej -60. Wtedy wiatr musiał być jeszcze silniejszy. Prąd powietrza
przynosił solidną śnieżną pościel. To coś było więc zgubione już po dziesięciu
krokach.
Przerwał na chwilę, głęboki, spokojny głos ustąpił warkotowi
wiatru hulającego nad ich głowami który niespokojnie, złośliwie zahuczał w
rurze pieca kuchennego.
Zawierucha – dryft powietrza szalał powyżej. Śnieg porywany
przez szepczący wiatr krążył w powietrzu, uniemożliwiając widzenie na terenie
obozu. Jeżeli ktokolwiek opuściłby tunele które łączą każdy z budynków ponad powierzchnią
lodu, zgubiłby się po dziesięciu krokach. Na zewnątrz wzniesiono wysoką na 300 stóp, smukłą, czarną antenę radiową, z której czyste nocne niebo widać było
dopiero przy samym czubku. Niebo lekkiego, nieustannie zawodzącego wiatru,
płynącego z miejsca na miejsce pod skrzącym się, muskającym płaszczem zorzy
polarnej. Z północnej strony zaś, horyzont płonął dziwacznymi, wściekłymi
kolorami śródnocnego brzasku. To był początek wiosny 300 stóp ponad Antarktyką.
Na powierzchni panowała biała śmierć. Śmierć iglastych
szponów lodu napędzana przez wiatr, wysysająca „życie” z każdej ciepłej rzeczy.
Zimna biała mgła przepastnych, nieskończonych prądów powietrznych, które
wzniecały i targały cząstki liżącego śniegu pokrywając wszystko.
Kinner, mały kucharz z blizną na twarzy, skrzywił się. Pięć
dni temu wyszedł na powierzchnię, aby dotrzeć do skrytki z zamrożoną wołowiną.
Dotarł do niej, a kiedy zaczął wracać, prąd powietrzny nadciągnął z południa.
Mroźna, biała śmierć płynąca po powierzchni oślepiła go na dwadzieścia sekund.
Potknął się i zatoczył gwałtownie. Minęło pół godziny zanim prowadzony liną
mężczyzna z dołu odnalazł go w nieprzeniknionym mroku.
Nie trudno było człowiekowi – lub czemuś innemu – zgubić się
po kilku krokach.
„Zamieć była wtedy prawdopodobnie bardziej nieprzenikniona
niż obecnie.” Głos McReady’ego wyrwał umysł Kinner’a z rozmyślań. Był ponownie
w ciepłym i wilgotnym budynku administracji. „Pasażer statku nie był na to
przygotowany, na to wygląda. Zamarzł po zrobieniu dziesięciu kroków od pojazdu.
„Kopaliśmy żeby odnaleźć statek, ale nasz tunel doprowadził
nas do zamarzniętego zwierzęcia. Toporek Barclay’a uderzył w jego czaszkę.
„Kiedy zobaczyliśmy co to było, Barclay wrócił do ciągnika,
zaczął odpalać silnik, a kiedy mu się udało, wysłał wiadomość do Blair’a i
doktora Copper’a. Barclay rozchorował się potem. W rzeczywistości był potem
chory przez trzy dni, jeśli chodzi o ścisłość.
„Kiedy Blair i Copper przybyli, wycięliśmy zwierzę z bloku
lodu, jak widzicie, owinęliśmy to i załadowaliśmy na ciągnik żeby je tu
przewieść. Chcieliśmy się dostać do tego statku.
„Kiedy dokopaliśmy się do jego boku znaleźliśmy metal
którego nie znaliśmy. Nasze brązowo-berylowe, niemagnetyczne narzędzia nie
mogły go dotknąć. Barcley miał jakieś stalowe przyrządy na ciągniku, ale one
też nie mogły tego nawet zadrapać. Przeprowadziliśmy testy, nawet z użyciem
kwasu z baterii, bez rezultatu.
„Musieli przeprowadzić proces pasywacji chemicznej[2]
żeby uodpornić stop magnezu na kwas. Musi się on więc składać przynajmniej z 95
procent magnezu. Nie wiedzieliśmy tego wtedy, nie mieliśmy jednak możliwości na takie
spekulacje, więc kiedy zauważyliśmy częściowo uchylone drzwi, zaczęliśmy kopać
wokoło nich. W zamku był czysty, twardy lód, dlatego nie mogliśmy się do niego
dostać. Mogliśmy jedynie spojrzeć przez małą szparę i zobaczyć, że w środku
były tylko narzędzia i metal, zdecydowaliśmy się więc poluźnić lód przy pomocy
bomby.
„Mieliśmy tylko ładunki dekanitowe i termit. Termit jest dla
lodu łagodniejszy; dekanit mógłby rozerwać wartościowe części, zaś ciepło
termitu jedynie poluzować skute lodem miejsce. Dr. Copper, Norris i ja,
podłożyliśmy 25 funtów termitu, a następnie podpięliśmy je przez tunel
przewodem do detonatora na powierzchni, gdzie Blair czekał w ciągniku parowym.
Sto jardów dalej, za granitową ścianą, dokonaliśmy detonacji.
„Magnezowy metal statku oczywiście zapalił się od termitu. Bomba
błysnęła wybuchając po czym wygasła, ale wtedy ogień znowu zaczął płonąć.
Wróciliśmy do ciągnika, gdy blask stopniowo narastał. Stamtąd mogliśmy zobaczyć
całe pole rozświetlone spod powierzchni lodu przez oślepiające światło; cień
statku był wspaniały, ciemny stożek rozciągający się w stronę północy, gdzie
niknął zmierzch. Przynajmniej przez moment zauważyliśmy trzy inne cienie, które
mogły być pozostałymi zamrożonymi tam pasażerami. Wtedy lód popękał i zwalił
się na statek.
„Dlatego mówię wam o tamtym miejscu. Wiatr zawiewał nas od
strony bieguna. Para i wodorowy ogień gasły w białej lodowej mgle; ciepło
płomienia pod lodem zostało porwane w kierunku oceanu zanim nas sięgnęło. W
innym wypadku nie dalibyśmy rady tu wrócić, nawet mając granitowe, blokujące
światło schronienie.
„Pomimo oślepiającego płomienia byliśmy w stanie zobaczyć
wielkie zwaliste rzeczy, wielkie jarzące się bryły. Rzeczy od czasu do czasu
roztaczające magnezowy poblask. Wiedzieliśmy, że to musiały być silniki. Sekret
dający wieczną chwałę - sekretna technologia która mogłaby otworzyć przed
człowiekiem drogę do obcych planet. Tajemnicze rzeczy mogące wyciągnąć statek –
teraz wchłaniane przez moc ziemskiego pola magnetycznego. Widziałem, że Norris
porusza ustami, nachylił się. Nie mogłem go usłyszeć.
„Coś puściło – zaskoczyło – ruszyło. Całe pole magnetyczne
zaplątane w statek 20 milionów lat temu zostało uwolnione. Zorza na niebie
zaczęła się zniżać, a cały płaskowyż został skąpany w zimnym ogniu który niczym
zasłona przesłonił nam wzrok. Toporek w mojej ręce rozgrzał się do czerwoności
i zasyczał w lodzie. Poparzyły mnie metalowe elementy w moich ubraniach, a
błysk błękitnego prądu przysmażył górną część z tyłu granitowej ściany.
„Wtedy ściana lodu zawaliła się na to. Przez chwilę, kiedy
była wciskana pomiędzy metal, zasyczała tak jak suchy lód.
„Przez godziny byliśmy ślepi w ciemnościach, chodząc po
omacku, zanim odzyskaliśmy wzrok. Znaleźliśmy całą elektronikę w obrębie jednej
mili, wszystko zostało obrócone w złom, każde dynamo, każdy zestaw radiowy,
słuchawki i głośniki. Gdybyśmy nie mieli ciągnika parowego, nie dostalibyśmy się z powrotem
do Drugiego Obozu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz